Potyczki z parapetami - Korbielów

W piątek, pod koniec pracy zadzwonił do mnie Libisz z informacją, że w wypożyczalni sprzętu jest posezonowa wyprzedaż snowboardów. Pojechaliśmy. Sprzęt okazał się być odpowiedni do naszych potrzeb i umiejętności (1-2 dni doświadczenia w jeździe na snowboardzie) a w dodatku ceny były naprawdę inkredybilne... Cóż było robić - pobraliśmy ;-). Ale co nam po sprzęcie w szarej, pozbawionej śniegu Warszawie? Chciwe ryjce cieszyły nam się od ucha do ucha, sprzęt aż się prosił, żeby go przetestować... Decyzja była szybka - paqjemy zabawki i napieramy tam, gdzie biało.
      Jakieś dwie godziny później jechaliśmy na południe. Od początku złapaliśmy dobrą fazę... prowadził Jacek, ja najpierw szukałem noclegu i ostatecznie po wielu telefonach wyszarpałem pokój w pensjonacie pod samym stokiem w Korbielowie. Pycha. Jak skończyłem z telefonami zaczęliśmy dawać do pieca z muzyką. Mam nadzieję, że nikt nas nie słyszał z zewnątrz ;-). Królował rytm typu "M-C... M-C..." a bezdyskusyjnym hitem został nieznany mi dotąd Scooter i The age of love. W życiu nie słuchałem tej muzyki, ale podpasowała do sytuacji jak ulał ;). Ponieważ stanowimy zespół wzajemnie się nakręcający i generujący coraz to nowe pomysły, więc po kolejniej godzinie, jadąc przez jakąś zapadłą, ciemną wieś weszliśmy (przez komórkę) na IRCa, coby tam trochę namieszać. Pełniłem rolę inteligentnej konsoli sterowanej głosem, dzięki czemu obaj mogliśmy uczestniczyć w tym, co się działo na IRCowym kanale. Bezprzewodowa transmisja danych nie była wówczas rzeczą tak normalną jak dzisiaj, więc fun był zenitalny. To znaczy do czasu, bo okazało się, że bateria w booku była już dosyć mocno wyczerpana i notebook poszedł spać. O jakiejś 23 zatrzymaliśmy się więc na stacji benzynowej, żeby... podładować booka. Spędziliśmy tam wesołe pół godziny rozmawiając z miłymi paniami z obsługi, mierząc okulary p-słoneczne w cenach oscylujących wokół 10 PLN (jak łatwo się domyślić większość modeli była silnie designerska - cóż to była za zabawa!) i pijąc Colę. Jak już żeśmy się podładowali, pojechaliśmy dalej... I tak oto wesoło dotarliśmy do pensjonatu, gdzie czekała na nas kolejna dobra wiadomość - mnóstwo śniegu i świetne warunki na stokach. Poszliśmy spać.
      Z samego rana śniadanie, dechy pod pachę i na stok... Był to dla mnie drugi raz w życiu, kiedy przypiąłem sobie dechę do nóg. Jacek przy mnie to stary wyjadacz - całe 3 dni praktyki... Mając w pamięci pierwszy dzień (trzy lata wcześniej) byłem przygotowany na to, że mocno dostanę po dupie (kolanach, głowie... wszystkim czym da się przyłoić o śnieg). No i się nie zawiodłem. Przypominanie sobie techniki jazdy na desce było raczej bolesnym doświadczeniem. Natomiast już pod koniec dnia zacząłem czuć klimat i pomimo ostrego ogólnego złomotania, fun z jazdy całkowicie wynagradzał ciągle zdarzające się upadki. Jak zawsze w takich wypadkach ostro walczyłem z górą, dechą a przede wszystkim samym sobą. Opłaciło się - w niedzielę cięliśmy już równo. Poczuliśmy się nawet na tyle pewnie, żeby zabrać ze sobą na stok aparat, więc kiedy na polance wyczailiśmy małą skocznię nie odmówiliśmy sobie przyjemności zrobienia kilku pamiątkowych zdjęć z 2-go (dla mnie) i 4-go (dla Libisza) dnia jazdy na snowboardzie.
      Żeby dopełnić obrazu (na szczęście bez dokumentacji fotograficznej) sobotni wieczór spędziliśmy w pobliskim pubie (TAK! W Korbielowie jest pub i to naprawdę fajny!), gdzie przy grzanym winie, po zażartej walce złoiliśmy w piłkarzyki lokalną ekipę i chyba dostaliśmy po tyłku w darty. Generalnie ten wieczór też będziemy pamiętać ;-)))).

Kliknij, żeby powiększyć Nazwa pliku: Budzik-jump.jpg Wielkość: 33.45 KB
Data: 27 lutego 2000 Indeks: XXXX/YY
Opis:
Cóż powiedzieć... na desce aż się prosi czasem podskoczyć. Jeżdżąc na "boazerii" zastanawiałem się jaki sens robi spędzanie dnia na polanie i skakanie na desce na okrągło z jednej muldy. Teraz już wiem ;).
Żeby była jasność - nart nie odstawiłem do kąta na rzecz snowboardu. To jest po prostu co innego.
Na zdjęciu uczę się skakać.
Kliknij, żeby powiększyć Nazwa pliku: Libisz-grab.jpg Wielkość: 42.93 KB
Data: 27 lutego 2000 Indeks: XXXX/YY
Opis:
Jak widać na załączonym obrazku Libisz jest w swoim żywiole. Na zdjęciu robi grab, czyli w będąc powietrzu chwyta ręką deskę.
Kliknij, żeby powiększyć Nazwa pliku: Libisz-lot.jpg Wielkość: 30.99 KB
Data: 27 lutego 2000 Indeks: XXXX/YY
Opis:
Latanie wychodziło Jackowi zaiste bardzo zgrabnie. Teraz będę musiał popracować nad tym, żeby zechciał zrobić coś podobnego, ale z 4000m.
Kliknij, żeby powiększyć Nazwa pliku: Libisz_na_drzewie.jpg Wielkość: 35.08 KB
Data: 26 lutego 2000 Indeks: XXXX/YY
Opis:
Dobry humor i "tryb rozrabiaki" nie opuszczały nas ani na chwilę ;-).
Kiedy robiłem to zdjęcie niestety niechcący napędziliśmy stracha narciarzowi, który przez chwilę sądził, że Jacek rzeczywiście trafił w drzewo. Dopiero kiedy zobaczył "niemożliwość" sytuacji, deskę i nogi wokół drzewa oraz dwie pary gogli na czole Libisza, zaczął się śmiać :-).

Z perspektywy kilku tego typu 2-dniowych wypadów muszę powiedzieć, że mają one głęboki sens. Po tak intensywnym weekendzie, wracając do domu nieodmiennie odnoszę wrażenie, że nie było mnie tam przez przynajmniej tydzień. I rzeczywiście czuję się tak wypoczęty.
Bardzo polecam!

Powrót na poprzednią stronę...
© 2000 Budzik; Aktualizacja: 31 grudnia 2000